Lis 14 2016

Hubertus to święto myśliwych, leśników i przede wszystkim jeźdźców. Przez jeźdźców organizowane na zakończenie sezonu, przez myśliwych na początku sezonu polowania jesienno-zimowego i zazwyczaj określane mianem hubertowin, czyli polowania zbiorowego o charakterze szczególnie uroczystym, z zachowaniem historycznych wzorców i ceremoniałów (m.in. sygnałów łowieckich). W obu przypadkach obchody święta przypadają zwykle w okolicach 3 listopada. To właśnie na ten dzień przypadają imieniny Huberta. Nazwa święta pochodzi zresztą od świętego Huberta z Liège (patrona myśliwych i jeźdźców), którego wspomnienie liturgiczne w Kościele katolickim obchodzone jest właśnie 3 listopada. Częstokroć odbywające się w tym okresie msze święte w kościołach i przy kaplicach poświęconych św. Hubertowi organizowane są właśnie w intencji myśliwych.

HISTORIA

Picture

Tłumaczenie: Słynna tradycja brytyjska – polowanie na lisa. Na zdjęciu w Tunsgate Guildford.
L’Angleterre, Collection Monde et Voyages Larousse. L’Écosse, le Pays de Galles, l’Irlande du Nord, page 107.

Według informacji zawartych w Allgemeine Forst und Jagdzeitung (German Journal of Forest Research) z 1835 roku pierwsze obchody Hubertusa miały miejsce w 1444 roku i początkowo były to wielkie polowania. Początek kultu św. Huberta w Polsce przypada z kolei na czasy o wiele późniejsze, bo dopiero XVIII wiek, a więc okres dynastii władców saskich, którzy zasiadali na tronie polskim. W czasach II Rzeczpospolitej pierwszym organizatorem polowań hubertowskich w Spale, gdzie i dzisiaj odbywają się bardzo huczne, aczkolwiek kontrowersyjne obchody tego wydarzenia, był Ignacy Mościcki. Święto odbyło się 3 listopada 1930 roku.

​Bardzo podobne do pierwotnych Hubertusów polowania można jeszcze oglądać, np. w Wielkiej Brytanii. Tam hubertusowe polowania wciąż odbywają się na prawdziwego lisa.

 

Picture

Tłumaczenie: MONMOUTHSHIRE, polowanie na lisa. << Rasowy sportowiec w swoim żywiole >>
​L’Angleterre, Collection Monde et Voyages Larousse. L’Ecosse, le Pays de Galles, l’Irlande du Nord, page 11.

 

Warto zwrócić uwagę na tradycyjny hubertusowy strój jeźdźca na powyższym zdjęciu: czerwona marynarka, oficerki, białe koszula, bryczesy i rękawiczki.
SZTUKA
Picture
Charles Hunt: chasse au renard, << le Rendez-Vous>> (1838).
Tłumaczenie: Charles Hunt: polowanie na lisa, <<Spotkanie>> (1838).
L’Angleterre, Collection Monde et Voyages Larousse. L’Écosse, le Pays de Galles, l’Irlande du Nord, str. 115.

Hubertus doczekał się również licznych przedstawień w sztuce. Począwszy od jaskiniowych malowideł. Polowanie od niepamiętnych czasów było domeną prawdziwych wojowników. Był to jeden ze sposobów, w jaki mogli oni dowieść swojej męskości. Nie dziwi więc fakt, że już od zarania dziejów z nieraz niezwykłą pieczołowitością próbowali oni, a na przestrzeni wieków rozliczni artyści odtwarzać te chwile na wszelkiego rodzaju nośnikach, np. skałach, papierze, skórze, płótni itd. Zmieniał się nośnik i styl, ale jedno się nie zmieniło: chęć uchwycenia chwili, emocji, przygody, z którą polowanie nieodparcie się wiązało.

Zainteresowanych przedstawieniami polowań w sztuce odsyłam na stronę, będącą chyba najbardziej wyczerpującym kompendium dzieł polskich i zagranicznych malarzy poświęconych tematowi łowiectwa: http://kola.lowiecki.pl/ao/sz/grzesiu.htm

TRADYCJA
Picture
Białe bryczesy, koszula, rękawiczki, czerwona marynarka, oficerki to podstawa tradycyjnego stroju hubertusowego
Dla jeźdźców obchody Hubertusa wiążą się oczywiście z wieloma tradycjami. Chodzi nie tylko o wzorowy strój i odświetne przygotowanie konia, ale również o przestrzeganie szeregu zasad i reguł hubertusowego biegu. Swoisty protokół dyplomatyczny, który z biegiem lat uległ daleko idącemu rozluźnieniu. Coraz rzadziej poluje się również na prawdziwego lisa. Zastępuje go zazwyczaj jeździec z przypiętym do lewego ramienia ogonem, a pierwotne polowanie nabiera charakteru swoistego show, spektakularnej gonitwy, podczas której konno ściga się lisa jeźdźca. Ten, kto pierwszy zerwie ogon z ramienia lisa jeźdźca, wygrywa i ma prawo wykonać rundę honorową wokół miejsca pogoni, a sam przejmuje honory lisa jeźdźca i za rok to on będzie uciekał w hubertusowym biegu. Z ciekawostek przyjęło się, że należy złapać lisią kitę gołą dłonią, a nie w rękawicy, gdyż może to przynieść pecha jeźdźcowi w nadchodzącym sezonie, a przecież taka jest pierwotna istota obchodów święta – mają one zapewnić dobrą passę w nadchodzącym sezonie.
GALERIA ZDJĘĆ Z HUBERTUSA
SJ SZARŻA – TKKF OGNISKO PODKOWA 2016
Hubertus SJ Szarża – TKKF Ognisko Podkowa 2016 odbył się na terenie Stowarzyszenia Jeździeckiego „Szarża” w Popówku. W gonitwie tradycyjnie brali udział zarówno jeźdźcy z SJ Szarża oraz z TKKF Ognisko „Podkowa”.
Picture
Hubertusowa gonitwa odbywa się zazwyczaj na otwartej przestrzeni. Autor zdjęcia: Ewa Zaborska
Picture
Zadaniem uczestników gonitwy jest dogonić lisa jeźdzca i zerwać z jego lewego ramienia lisią kitę. Lis jeździec ubrany jest na tę specjalną okazję w wymyślny kostium odstający od strojów reszty uczestników. Autor zdjęcia: Ewa Zaborska
Picture
Lis jeździec w trakcie ucieczki. U lewego ramienia powiewa symboliczna lisia kita – wymarzone trofeum uczestników gonitwy. Autor zdjęcia: Ewa Zaborska
Picture
Zwycięzki jeździec, Weronika Wójcik, dumnie galopuje na koniu Taju z lisią kitą w wyciągniętej wysoko dłoni. Autor zdjęcia: Ewa Zaborska
Picture
Lisica jeźdzczyni Małgo Jurkowska na koniu Newerze i zwycięzka Weronika Wójcik na koniu Taju ślą ukłony publiczności. Weronika Wójcik w tradycyjnym stroju hubertusowym. Autor zdjęcia: Ewa Zaborska
Picture
Wśród uczestników gonitwy wyróżniali się ułańskimi mundurami członkowie Stowarzyszenia Kawalerii Ochotniczej im. 23 Pułku Ułanów Grodzieńskich. Autor zdjęcia: Ewa Zaborska
Picture

Udział w hubertusowym biegu wiążę się z symbolicznym odznaczeniem pamiątkowymi kotylionami wszystkich koni uczestniczących w wydarzeniu. Zwycięzca przypina ponadto swojemu rumakowi zdobyty w gonitwie lisi ogon. Na zdjęciu powyżej tegoroczna zwyciężczyni Weronika Wójcik ze Stowarzyszenia Jeździeckiego „Szarża” w Popówku oraz jej koń Taj. Taj jest prawdziwym weteranem. Ma aż 19 lat. „Szarża” jest jego domem już od ponad 14 lat. Autor zdjęcia: Ewa Zaborska
Więcej zdjęć z gonitwy znajdziesz tutaj.

 

​SPOTKAJMY SIĘ

Konnego hubertusa wieńczy zazwyczaj uroczysta biesiada przy ognisku, bigosie, nalewkach. Towarzyszy jej śpiewanie piosenek ułańskich, harcerskich, kawaleryjskich i wielu innych. Udział w wydarzeniu jest z pewnością okazją do zacieśnienia więzi z innymi uczestnikami biegu, instruktorami, kursantami, władzami, gośćmi i przyjaciółmi stajni, którą się w biegu reprezentuje. Oto jedna z tradycyjnych pieśni kawaleryjskich, które można usłyszeć w trakcie towarzyszących Hubertusowi biesiad przy ognisku:

Picture

Wspólne śpiewanie przy ognisku do białego rana

 

W SIODLE

Możliwość udziału w hubertusowym biegu to nie byle gratka, więc można czuć się wybrańcem losu, jeśli zostanie się zaproszonym do wzięcia w nim udziału. Choć swojego czasu zwykłam jeździć regularnie, nigdy nie dostąpiłam tego zaszczytu. A może raczej zabrakło mi odwagi, aby zapytać o taką możliwość. Ponad wszystko bieg hubertusowy kojarzył mi się zawsze z niezwykle dostojnym wydarzeniem, w którym biorą udział prawdziwi koniarze, a nie tacy kursanci-żółtodzioby, za jakiego się wówczas uważałam. Swoje pierwsze kroki jako jeździec stawiałam z resztą w zaprzyjaźnionym z „Szarżą” TKKF Ognisko „Podkowa”. Być może wówczas zabrakło tego istotnego elementu, jakim jest wachtowanie, a więc bezpośredni udział w życiu stajni poprzez pracę wolontariacką, której po raz pierwszy podjęłam się właśnie w Stowarzyszeniu Jeździeckim „Szarża”. I choć pierwotnie nie planowałam wcale korzystać z przywileju odjeżdżania jazd przysługujących za wolontariat w stajni, trafiłam na ludzi, którzy zaszczepili mi myśl o tym, aby nie wahać się z tego przywileju korzystać i słusznie, bo dopiero kiedy wsiadłam na koński grzbiet, istota wachtowania nabrała dla mnie prawdziwego sensu. Osobiście uważam, że nie ma lepszej motywacji do zaangażowania się w życie stajni, jak właśnie możliwość poznawania bliżej nie tylko koni, ale również ludzi poprzez wspólne doświadczenie nie tylko pracy, ale również jazdy, choć słowo to wydaje mi się nieodpowiednie, a lepszego na tę chwilę nie potrafię znaleźć.

Podczas jednej z takich jazd w terenie przemknęła mi przez głowę ta szalona myśl, że Hubertus to jedno z tych „końskich” wydarzeń, w których chciałabym wziąć udział choć raz w życiu. Okoliczności sprzyjające – jestem w terenie, dobrze mi się jeździ, mam dobry kontakt z ludźmi. Tylko kasy brakuje, ale w sumie to kto wie, co będzie za rok, może będzie tej kasy jeszcze mniej. No więc finansowe rozterki, wszelkie konwenanse, czy wypada zbywam na boczny tor i za głosem rozbudzonej w sobie odwagi pytam, czy byłaby możliwość wzięcia udziału w biegu. Wątpliwości co do tego, na ile zasłużyłam sobie na taką nagrodę, czy znajdzie się jeszcze wolny koń, że to zależy od organizatorów przyjmuje z pełnym zrozumieniem. Najbardziej liczy się dla mnie teraz przede wszystkim to, że w ogóle spróbowałam, że zdobyłam się na odwagę, aby zapytać, że w ogóle czegoś chcę na tyle, aby przezwyciężyć typową dla siebie niewiarę. Nie mija jednak kilka godzin i uzyskuje oficjalną zgodę i zaproszenie.

Ale emocje! Miałam iść spać po wachtmistrzowej nocce, ale endorfiny, adrenaliny i co bądź tam innego podskoczyło na tyle, że czuję się zbyt podekscytowana zbliżającym się biegiem hubertusowym! To w końcu elegancka impreza, na którą trzeba się wyszykować na fest! Białe spodnie, rękawiczki itd. Ostatnim razem to się tak stroiłam chyba na studniówkę!” – pisałam na kilka dni przed biegiem.

To podekscytowanie w cieniu licznych wątpliwości z resztą rosło aż do momentu pierwszego zagalopowania na otwartej przestrzeni. Po raz pierwszy w życiu miałam okazję sama swobodnie galopować na koniu na tak wielkiej przestrzeni. Na koniu, Baronie, na którym nigdy wcześniej nie jeździłam, którego charakteru nie znałam, który nie znał mnie, więc wiedziałam, że będzie zapewne próbował wystawić mnie na wiele trudnych prób, aby wyczuć z kim ma do czynienia. Było to dla mnie ogromne wyzwanie! Ogromna odpowiedzialność! Ogromny zaszczyt, że dostąpiłam takiego zaufania ze strony organizatorów, że zostałam przyjęta właściwie z otwartymi ramionami, mimo że jestem tutaj zupełnie nowa. Zwłaszcza jako jeździec.

Cieszę się, że jako spontaniczny team nie wypadliśmy z Baronem aż tak źle, że nie spadłam, że nic nie stało się również Baronowi. Nie będę ukrywać, że bezpieczeństwo było jednym z priorytetów mojego udziału w wydarzeniu. Istotna była dla mnie również ogólna prezentacja – strój, zadbanie o to, aby Baron możliwie jak najlepiej się prezentował i, abyśmy wspólnie wypadli godnie w trakcie biegu. W końcu wśród widzów byli nie tylko zwykli ludzie, ale również członkowie stowarzyszenia i koniarze. Złapanie lisa, choć być może nie powinnam się do tego przyznawać, było kwestią dla mnie osobiście najmniej istotną, był to mój pierwszy Hubertus, pierwsza nasza, moja i Barona, przygoda, choć chęć zawalczenia o lisa przemknęła mi kilkukrotnie przez myśl w trakcie biegu, kiedy już poczułam się pewniej w siodle.

 

Picture

Na zdjęciu: Prezes Stowarzyszenia Jeździeckiego „Szarża” Andrzej Nietubyć w trakcie dekorowania Barona symbolicznym kotylionem na pamiątkę udziału w Hubertusie 2016. Autor zdjęcia: Ewa Zaborska

 

Kiedy siedzi się w siodle, ma się jednak zupełnie inne poczucie czasu niż jak się jest obserwatorem i ten czas wydaje się w istocie galopować. Wszystko dzieje się bardzo szybko. W grę wchodzą ogromne emocje, nie tylko u jeźdźca, ale również u konia, dla którego możliwość galopowania na tak wielkiej otwartej przestrzeni odzywa się jednak pierwotnym instynktem umiłowania wolności. To się czuje na wodzy. Pod palcem. Całą tą moc. Moc, która z resztą nieodparcie fascynowała mnie od samego początku mojej przygody z jeździectwem. Moc, która i mi również się udzielała. Jazda konna była dla mnie pierwotnie przede wszystkim swoistą autoterapią na blokady, zahamowania, brak wiary we własne siły. Uczyła odwagi, ale też opanowania i pokory w stawianiu czoła istocie o po stokroć większej sile. Nie miało to nic wspólnego z udowadnianiem sobie niczego, a raczej z uczeniem się siebie nawzajem bez zbędnych słów. Po prostu wczuwaniem się w każdy ruch, napięcie mięśni, spojrzenie. Kiedy jest się w siodle, to tak jakby stanowiło się jeden organizm. Jeden umysł. Jedno serce. A przynajmniej ku temu trzeba dążyć. Wówczas nie trzeba już niczego kontrolować. Ani siebie, ani konia.

 

O AUTORCE

Picture

Cześć! Mam na imię Victoria Tucholka. Niektórzy znacie mnie również pod imieniem Zosia. Swoją przygodę z jazdą konną zaczęłam ok. 2002-3 (dokładnie nie pamiętam) w Towarzystwie Krzewienia Kultury Fizycznej TKKF Ognisko „Podkowa” pod opieką Pani instruktor Janki Kurek. Pierwotnie w jeździe konnej upatrywałam swoistej autoterapii, bo z natury nigdy nie byłam osobą zbyt pewną siebie. Konie podzieliły się ze mną odrobiną swojej mocy. Byłam regularnym kursantem w TKKF Ognisko „Podkowa” przez ponad 2 lata. Technicznie przyprawiałam nieraz Panią Jankę o ból głowy i wymyślanie coraz to bardziej wymyślnych „tortur”, abym raz na zawsze nauczyła się jeździć na dobrą nogę, które to z resztą „tortury” dotąd mile wspominam i ta nauka chyba nie poszła w las. TKKF Ognisko „Podkowa” zawsze będzie taką moją kolebką doświadczeń, które na trwale ukształtowany moją osobowość jeźdźca: nie boję się koni, jestem gotowa wsiąść na każdego, nie straszne mi chyba żadne wyzwanie. Konie pokochałam na tyle, że po tym okresie w moim życiu zostały mi moje pierwsze skórzane oficerki WP wykonane przez już chyba nie działającego szewca z Nowolipek w Warszawie. Wciąż staram się do nich dorosnąć i chyba powoli zaczynam się w nich naprawdę dobrze czuć. Potem w studenckiej zawierusze jeździłam sporadycznie. Ale miłość do koni nie przemija, podobnie jak nie zapomina się „jak to się robi”. Przekonałam się o tym po wielu latach, wsiadając na koński grzbiet na sopockiej plaży. Ostatniej wiosny w moje ręce trafiło jedno z wydań lokalnego brwinowskiego biuletynu. Od razu zaciekawiło mnie ogłoszenie o wolontariacie w Stowarzyszeniu Jeździeckim „Szarża” i tak oto odbyłam swoją pierwszą w życiu wachtę, zgodnie z pierwotnym założeniem tego, co chciałam robić w ramach stowarzyszenia, napisałam dla Was pierwszy tekst „Moja Pierwsza Wachta”, który gościnnie „Szarża” udostępniła na swojej stronie w zakładce „Jazda za Pracę”. Teraz możecie mnie spotkać najczęściej na środowej nocnej wachcie oraz porannych czwartkowych jazdach u Weroniki Wójcik.

Powyższy tekst został opracowany na podstawie źródeł internetowych:

Wikipedia. Hubertus (święto). Dostęp 08.11.2016.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Hubertus_(%C5%9Bwi%C4%99to)

Strona Myśliwska Andrzeja Otrębskiego Darz Bór. Łowiectwo w malarstwie, Andrzej Otrębski. Dostęp 08.11.2016.
http://kola.lowiecki.pl/ao/sz/grzesiu.htm

zdjęć prywatnych autorstwa Ewa Zaborska:

https://www.facebook.com/ewa.zaborska1/media_set?set=a.10210832065535462.1073741848.1166026689&type=3&pnref=story

ilustracji:

L’Angleterre, Collection Monde et Voyages Larousse. L’Écosse, le Pays de Galles, l’Irlande du Nord.

nagrań audiowideo:

Youtube. Bułane i Deresze – wyk. Krótki Kaszel. Dostęp: 08.11.2016.
www.youtube.com/watch?v=lIBPv5–Zz0

oraz osobistych doświadczeń.

Jeżeli spodobał Ci się ten post, zostaw komentarz lub polub mój fanpage Wycieczki Osobiste. Zapraszam również do odwiedzenia stron:

Stowarzyszenie Jeździeckie „Szarża” w Popówku:
https://www.facebook.com/sjszarza/?fref=ts
http://www.szarza.pl/

TKKF Ognisko „Podkowa”
https://www.facebook.com/TKKF-Ognisko-Podkowa-171985739513434/?fref=ts
http://www.tkkfpodkowa.pl/

Stowarzyszenia Kawalerii Ochotniczej im. 23 Pułku Ułanów Grodzieńskich
http://www.ulanigrodzienscy.pl/
https://www.facebook.com/23pulkulanow/