Lis 20 2017
Dnia 4.11.2017 r. odbył się wspólny, tradycyjny Hubertus SJS i TKKF Podkowa Leśna. Od tego dnia minęło jedynie półtora tygodnia, a wydaje się jakby to było już wieki temu… 
Tegoroczny bieg hubertusowy pełen był emocji i nagłych zwrotów akcji. Dostarczył on wielu przeżyć i goniącym, i widowni, a także i samemu lisowi, który wykazał się nie lada przebiegłością podczas minionej gonitwy. 
A teraz pokrótce… 
Pogoda od dłuższego czasu skłaniała jedynie do siedzenia w domach, ciągle padało, wiało, słońca nie było widać. Łąki były rozmoknięte, poryte przez dziki, więc nic nie nastawiało optymistycznie do organizacji tegorocznych hubertowin. Jakby tego było mało, to i konie miały się gorzej, a zeszłoroczny zdobywca kity – 21 letni Taj – stał od miesiąca kontuzjowany. Tradycji jednak musiało stać się zadość, więc bieg musiał się odbyć. 
W hubertusową sobotę pogoda na zachętę przywitała nas bezdeszczowym porankiem, a potem nawet nieśmiało wyszło słońce. To zdecydowanie tchnęło energię i optymizm we wszystkich tych, którzy w gonitwie uczestniczyli i jej towarzyszyli. Konni zebrali się sporo wcześniej, aby przygotować wierzchowce i sprzęt, a następnie wyjechali na rozgrzewkowy teren do lasu. Pogoda dopisała, w lesie kolorowe liście powiewały na wietrze i tylko nieco śliskie podłoże zdradzało niedawne ulewy. O umówionej porze i w umówionym miejscu wszyscy konni spotkali się, aby razem, tworząc malowniczy orszak dwukonny, przybyć na miejsce gonitwy. 
Ów piękny orszak składał się z następujących jeźdźców i ich rączych koni: 
– stawkę prowadził master – Kuba G. na swym ogniście rudym Heliosie i lisica – Werka W. na weteranie Taju, która to para rok wcześniej kitę wywalczyła, 
– za nimi dumnie prężąc piersi jechali chłopcy jak malowani, w pięknych mundurach, kolejno: 
Jakub Jeznach na Wallym z Kamilem Bednarkiem na Gwarze, Szymon Wojtoń na Ironie z Tomaszem Stollem na Tajemnicy i Aleksander Miros vel Gucio na Buniu wraz z damą w czarnym kapeluszu Agatą Trzcińską na Burzy, 
– dalej podążali odświętnie ubrani: Marysia Stoll na Andorze z Klaudią Chażewską na Klaserze, Klaudia Ciuk na Lotni wraz z Danielem Maury na Dharmie, Magda Nowak na Newerze z Krzysztofem Strzałkowskim na Niespodziance, 
– stawkę zamykała zaś Małgosia Stoll na Erminie i goście z TKKF Podkowa – Piotr Piekarczyk z córką i psem. 
Takiż oto orszak, śpiewający „Kalina malina”, wjechał ku uciesze widowni na łąkę. Odbyła się defilada, a następnie uroczysta prezentacja, którą prowadził prezes SJS – Andrzej Nietubyć. Po wypiciu strzemiennego, padło gasło „lisa goń”, rozpoczynające gonitwę. 
Leciwy Taj wyciągał nogi, a reszta koni starała się trzymać jak najbliżej. Lis zgrabnymi zwrotami zwiódł jednak goniących i zmęczony schował się w lisiej norze, na rozlewisku. Tam długo brodził po wodzie, dając sobie i innym odpocząć, aby znienacka wypaść znów na łąkę. Wtedy zaczęła się już pogoń nie na żarty. Lis dzielnie uciekał, aż został osaczony i tylko skok w krzaki, tuż za rozstępującą się widownię, mógł go ocalić. Pogoń znowu ustała, ale tylko na chwilę. Jakież było bowiem zdziwienie i widowni, i goniących, gdy z tych samych krzaków, w których skrył się ciemnogniady lis, wyskoczył nagle lis płomiennorudy. Chwila konsternacji i niepewności wśród jeźdźców związana z tym, czy mają łapać go, czy nie, szybko minęła. Tabun rzucił się na nowego lisa, otoczył go i ten musiał mocno natrudzić się, aby uciec z tej matni. Długo kluczył i lawirował i gdy wydawało się, że już, już zostanie złapany, lisi ogon spadł na ziemię. Z ust tych, którzy już w wyobraźni trzymali kitę, wydobył się krzyk rozpaczy. No nic, trzeba było gonitwę przerwać i kitę doczepić. Jak na złość lis gubił swój puszysty ogon po dwakroć, co wywoływało skrajne emocje. Gdy ostatecznie bieg wznowiono, taryfa ulgowa dla lisa skończyła się. Niektórym goniącym już puszczały nerwy i dało się słyszeć popędzanie konia: „dalej, dalej, no jedź”. Wtem widownia krzyknęła, a kita wystrzeliła do góry w ręku ułana na siwym koniu. 
Królem tegorocznego polowania został: 
Aleksander Miros vel Gucio na Buniu. 
Po rundzie honorowej, nastąpiła dekoracja pięknymi kotylionami wykonanymi przez naszą niezawodną Wronkę 🙂 
Po tych wszystkich splendorach, zwycięski jeździec za swój czyn w nagrodę wrzucony został do Zimnej Wody. Dzielny ułan z godnością przyjął ten wątpliwy zaszczyt, a po kąpieli pojechał w las mokry i bez oficerek, aby konia sumiennie rozstępować – i brawa dlań za to! 
Po gonitwie nastała część druga hubertowin, czyli śpiewne ognisko. Trwało ono aż do 2:30. Śpiewnik prześpiewano od deski do deski po trzykroć, zdrowie koni wypito po wielokroć i tym samym, w myśl dawnego zwyczaju, zakończono tegoroczny sezon jeździecki. 
A teraz byle do wiosny!